Grochola na bis
Pierwsza recenzja miała być o zupełnie innej książce, o tej – zanim zaczęłam ją czytać – miałam nawet nie pisać. „Zielone drzwi” miały być przerywnikiem, lekturą łatwą, lekką i przyjemną. Z takim zamiarem szłam do księgarni, chciałam złowić strawne czytadło i zupełnie nie wiem, czemu padło akurat na Grocholę. Przyznam się również, że przez chwilę nawet żałowałam zakupu. Na szczęście tylko przez chwilę.
Książek Grocholi przeczytałam kilka. Perypetie Judyty, kilka opowiadań i przedostatnią „Kryształowy Anioł”. Jedne były strawne, inne jak na mój gust przekombinowane, w jeszcze innych kompletnie nie wiedziałam o czym autor do mnie mówi. Zabierając się za „Zielone drzwi” nie spodziewałam się wiele. Tymczasem, muszę uderzyć się w piersi i przyznać, że książka mnie zaskoczyła na plus.
„Zielone drzwi” nie są do końca książką autobiograficzną, bo w moim mniemaniu biografie i ich pochodne, to raczej zlepek suchych, pozbawionych emocjonalnego zabarwienia faktów w zestawieniu z datami, więc to określenie zostawiam raczej dla historii niż literatury. Książka Grocholi jest dla mnie raczej zbiorem wspomnień, wybranych wydarzeń przeplatanych przemyśleniami autorki na tematy okołożyciowe. Poznajemy młodą Kaśkę i jej dziecięce przygody, czas licealnych wpadek i wreszcie dojrzewającą Katarzynę, która pracując jako salowa przechodzi szybki kurs dorastania. Gdzieś pomiędzy różnymi życiowymi wirażami wychodzi za mąż, wyjeżdża do Libii, rodzi dziecko, wraca z Libii, rozwodzi się, kocha i przeżywa swoją samotność. Potem przychodzi choroba i chwile zwątpienia, z których wychodzi obronną ręką otoczona przyjaciółmi i życzliwymi ludźmi. To tak w skrócie, bo w zasadzie trudno opowiedzieć czyjąś historię w kilku zdaniach, z książkami tego typu jest już tak, że najlepiej je po prostu przeczytać.
Gdyby ktoś powiedział mi, że takie rzeczy dzieją się naprawdę, w życiu bym nie uwierzyła. Tymczasem okazuje się, że możliwe jest wszystko, nawet nieoczekiwane i przedziwne zwroty akcji, a najciekawsze scenariusze pisze życie, czego żywym przykładem jest sama Grochola.
O ile w większości książek autorki momentami drażnił mnie jej styl, o tyle „Zielone drzwi” nie trącą specyficznm językiem Grocholi. Może to zasługa samej lektury, ale na prawdę „łyka się” ją w chwilę. Książka napisana jest sprawnie, momentami dowcipnie i bez zadęcia. Czytając, kilka razy szczerze się uśmiałam, a w niektórych miejscach zakręciła mi się łezka w oku.
„Zielone drzwi” są prawdziwe, mądre i wzruszające. Pozbawione moralizatorskiego tonu, o który nie trudno, gdy dryfuje się w okolicy literatury „o sobie”. Z każdej kartki bije dystans dojrzałej i doświadczonej kobiety do siebie i świata.
Moim zdaniem warto sięgnąć po tą pozycję, choćby po to, by przekonać się, że nic nie jest takie, jakie nam się wydaje a pozory często mylą.
Jeden komentarz
bere
mam bardzo podobne przemyslenia, wczoraj skończyłam czytać te „drzwi”